Kanapa

To dziwne, ale za każdym razem kiedy wchodzi się do pokoju, uderza przede wszystkim widok niewielkiego wgniecenia w solidnie wyglądającej kanapie. Nawet nie jest głębokie. A jednak materac pod spodem wyraźnie się odkształcił i teraz w tym miejscu tapicerka się marszczy.

Pamiętam, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy. Wiedziałam, że jest zdecydowanie za droga. Jednak jednocześnie zobaczyłam ją, szaro-zieloną, jak mi się wówczas wydawało, stojącą w niebieskim pokoju przy oknie. Więc wszystko było jasne.

Kiedy została przywieziona okazało się, że nie da się jej wnieść przez drzwi. Dlatego trafiła do nas przez okno. Zachwyciła mnie nie tylko kolorem ale i kształtem. Rozkładała dębowe ramiona, gestem baletnicy i obiecywała dawać schronienie. Niemożliwa. Pewnie dlatego chciałam codziennie ją widzieć. Dotykać chropowatości obicia i delikatnie gładzić szmatką elementy drewna. Trzeba przyznać, nie zawiodła. Stanęła tam, gdzie powinna. Tuż przy oknie, więc każdego dnia wygląda inaczej. Najbardziej zieloną przypomina w słoneczne dni, o zmierzchu zawsze szara, szmaragdowa z przebłyskiem błękitu bywa zimą. Nieodmiennie jednak jest schronieniem. Jeśli tylko ktokolwiek z nas tego potrzebuje.

Dla tego jednak, który stał się główną przyczyną jej kalectwa, okazała się azylem. Właściwie to wgniecenie jest widoczne, tylko kiedy nie ma go w pobliżu. Kiedy jest, ciężko upada na nią, na dębowe ramię zakłada szczupłe stopy i zastyga z pilotem od telewizora. Udaje, że coś go interesuje. Uwielbia hałas, więc nie słyszy niczego prócz rytmicznej muzyki. Czasem sam pokrzykuje i nazywa to śpiewem. Pewnie dlatego nie usłyszał jęku kanapy, która skarżyła się, na nieustanny ucisk w jednym miejscu. W końcu jej część zapadła się i trzeba było zadzwonić po tapicera.

Człowiek, który wszedł z węzełkiem nici i igłą, w irytujący sposób zapytał co tu się wyprawiało. Obejrzał ją dokładnie i oświadczył, że naprawy może dokonać w warsztacie. Pękły dwie sprężyny. Znów trzeba było użyć okna. W pokoju zrobiło się pusto. Najciężej jej brak przeżywał on. Teraz nie miał kto jego wieczornego chwiejnego kroku zamienić w pewny poranny. Nie miał kto z łagodnym spokojem kusić zapomnieniem. Nie miał kto bez wyrzutów pozwalać przytulać bioder i w zapachu tapicerki kazać szukać rozgrzeszenia. Fotel nie służył tak dobrze. Był jak konfesjonał. Powodował mimowolne poczucie winy i chęć wyrzucenia z siebie myśli. Więc on nerwowo oczekiwał jej powrotu. Po czterech dniach znów stanęła, wyposażona w nowiutkie sprężyny, które lekko uginały się pod ciężarem. Zdawała się z daleka wzywać nas, żeby znów poczuć się potrzebną. Skorzystaliśmy z zaproszenia.

Najbardziej jednak z jej powrotu ucieszył się on. Początkowo postanowił obchodzić się z nią delikatniej, ale z czasem znów musiała mu być ratunkiem. Więc nowe sprężyny nie załatwiły całej sprawy. Sztucznie wyprostowane obicie po kilku dniach w tym miejscu zmarszczyło brew a potem zmarszczka tylko się pogłębiła. Więc postanowiłam pozwolić jej na ten nieunikniony defekt, który świadczył niemo, że sprawca znów będzie potrzebował nabrać dębowej pewności podczas snu, żeby rano z rozkołysaną morskim szumem głową przedrzeć się do pracy i z powrotem.

Reklama