Okna na Za-swiaty

Kiedy tego dnia zaczalem kolejny w tym tygodniu dyzur na intensywnej terapii, mimowolnie grzeszylem nieuwaga podczas rytualnego obchodu. Wzrok wciaz uciekal poza mury tego sterylnego oddzialu. Za oknem budzila sie wiosna, od dawna wyczekiwane promienie slonca dzialaly na mnie niczym magiczny magnes budzac jednoczesnie tesknote za wolna przestrzenia.

To byl wlasnie jeden z owych dni, kiedy malutki pager zdawal sie ciazyc jak olowiany kloc w kieszeni fartucha.

Z tym wiekszym ociaganiem odpowiedzialem tego poranka na pierwsze wezwanie izby przyjec.

Kiedy jednak wszedlem do izby przyjec, wszystkie te leniwe poetyckie rozwazania prysly w jednej sekundzie, jakby sobie nagle zdaly sprawe jak bardzo sa nie na miejscu…

Na noszach lezala pacjentka, ulozona w pozycji bezpiecznej na lewym boku, biale przescieradla ktorymi byla okryta mialy w sobie wiecej koloru niz jej skora. Z ust, nosa wylewala sie strumieniami krew, pielegniarka kleczaca u noszy starala sie ustawic plastikowe wiadro w ten sposob, by podloga jak najmniej sie zabrudzila.

Jednoczesnie telefonujac po dyzurnego gastroenterologa badalem pacjentke. Bylo cudem, ze jeszcze moglem zmierzyc jakiekolwiek cisnienie, jej serce pedzilo tempem sprintera usilujac tym samym kompensowac strate wciaz wylewajacej sie krwi.

Na chwile przed intubacja napotkalem jej wzrok. Przeszedl mnie dreszcz, bo juz znalem podobne spojrzenie. W myslach nazwalem to spojrzeniem ze swiata pomiedzy…Platon dzielil ludzi na tych ktorzy zyja, tych ktorzy zmarli i tych ktorzy sa „na morzu”…

Ona wlasnie mimowolnie byla w tym swiecie pomiedzy…unoszona na falach przeznaczenia i …naszych kompetencji.

Nawet nie wiem kiedy znalezlismy sie w pomieszczeniu gastroskopii, pacjentka byla juz po intubacji i wlewaly sie w nia litry kroplowek.

W kompetencje kolegi gastroenterologa nie watpilem ani chwile. Doswiadczony, promieniujacy zarazliwym spokojem w nawet najbardziej naglych sytuacjach, i teraz spokojnie odnalazl w sluzowce zoladka malenkie naczynie, ktore od dobrej pol godziny zmienilo sie w zdradliwa fontanne tetniczej krwi. Pare suchych komend, i po niecalych dziesieciu minutach krwotok zostal zatrzymany.

Wracajac do swej przed gastroskopia nadgryzionej mandarynki, kolega ze spokojnym usmiechem stwierdzil „no, teraz wraca do ciebie”…

W miedzy czasie zorganizowana juz zostala krew jej grupy, jeszcze na gastroeneterologii ubrano ja w czyste szpitalne ubranko, i tak wciaz jednak jeszcze zaintubowana zawiezlismy na intensywna terapie.

Po podlaczeniu do monitorow, uporzadkowaniu jej „boksu” i stwierdzeniu ze pacjentka jest „stabilna”, pozwolilismy sobie z pielegniarzami na pierwsza kawe tego ranka.

Ona powoli zaczela sie wybudzac, i nawet nie dokonczylem tej nieszczesnej kawy kiedy zawolano mnie juz do ekstubacji.  Pochylilem sie lekko nad nia, wydawalo mi sie ze usmiechnela sie oczami. Miala lagodna twarz. Mimo tej calej tak niecodziennej sytuacji, mimo tego naglego wypadku, ktory wyrwal ja z jej codziennosci, wydawala sie bardzo spokojna. Cicho wyjasnilem jej, ze za chwile uwolnie ja z tego plastiku ktory tkwi w jej tchawicy, ze zaraz bedzie po wszystkim. Nie dokonczylem tego zdania. jeszcze nim monitor zaczal przerazliwym piskiem zwracac na siebie uwage, zobaczylem w jej oczach znow bezkres tego swiata „pomiedzy”.

Na monitorze jednoznacznie i bezlitosnie zielona linia rysowala migotanie komor. Natychmiast podjelismy reanimacje, po paru minutach zapis EKG wrocil do normy, Ona swym spojrzeniem wrocila do nas. Przez chwile patrzyla sie na nasze otaczajace ja twarze i nagle zaczela wskazywac cos oczami, patrzyla sie w gore, na prawo od niej. Popatrzylismy sie wszyscy w tym kierunku, oprocz wiszacych butelek i workow z kroplowkami nic nie zauwazylismy. Zaczalem przesuwac wiszace kroplowki, pytajac sie jej naiwnie czy o to jej chodzi. Pokiwala przeczaco glowa.

I znow chcialem przystapic do ekstubacji, kiedy swiat wokol niej ponownie zaczal wirowac…migotanie komor, reanimacja, jej ponowny powrot. Kolejny raz jej spojrzenie zaczelo wedrowac w tym samym kierunku.

W calej tej sytuacji bylo cos niesamowitego, jednak najbardziej niezwykle bylo to, ze pomiedzy kolejnymi reanimacjami Ona byla jak najbardziej swiadoma, wciaz spokojna i dziwnie pogodna.

Piszac EKG, chcac wytropic powod tych zaburzen rytmu, postanowilem jednoczesnie podac jej srodki usypiajace, chcialem ja podlaczyc do respiratora az do momentu wyjasnienia sytuacji. Mimowolnie slucham jak pielegniarz probuje sie z nia porozumiec i podaje jej mala tabliczke wraz z kawalkiem kredy, by napisala co chciala nam powiedziec.

Kiedy linie EKG kreslily na papierze wyrazne znaki rozleglego zawalu sciany przedniej serca, tabliczka nagle wypadla jej z rak, znany juz pisk monitora, tym razem reanimacja trwala dluzej…i tym razem ona juz nie powrocila.

Wieczorem siedzielismy wszyscy podsumowujac dzien  w obecnosci nocnej zmiany, tragiczny przebieg wydarzen w boksie nr 4 wydawal sie jasny: tetniczy krwotok z zoladka spowodowal nagla utrate duzej ilosci krwi, zatem i tlenu. Pacjentka prawdopodobnie cierpiala na chorobe wiencowa i wobec istniejacych juz zmian w jej naczyniach wiencowych, doszlo do rozleglego zawalu przedniej sciany serca. Niestety, na transport do laboratorium hemodynamiki jej przeznaczenie nie dalo nam juz potrzebnego czasu.

W pewnym momencie, abstrahujac od wszelkich fachowych dywagacji, jeden z pielegniarzy zapytal: ” a co Ona napisala na tej tabliczce?”. Spojrzelismy po sobie, nikt z nas nie pomyslal zeby spojrzec na Jej ostatnie slowa. Ktos pobiegl do tego boksu i rzeczywiscie przyniosl malenka tabliczke z nakreslonymi niezdarnie paroma literami: „P…A…R…”, trzy litery.

Kiedy wszyscy zaczelismy lamac sobie glowe co Ona chciala nam powiedziec, jedna z pielegniarek sucho stwierdzila: „To jasne. PAR. Jak Paradies”. Paradies…czyli „Raj”.

W tym momencie znow zobaczylem w myslach Jej spokojna twarz, prawie pogodne spojrzenie, kiedy spogladala na nas wracajac po kolejnej reanimacji.

***

Wolfgang nie dal sie nie lubic. Typowy niemiecki rewolucjonista z lat 60-tych. Na stopach znoszone sandaly, na nosie male okragle okulary, w jego gabinecie na zmiane wyjace ACDC i Iron Maiden. Kiedy lotnisko we Frankfurcie otwieralo kolejny nowy pas startowy, Wolgang bral wolne w szpitalu,  by lezec przed buldozerami na asfalcie z transparentem w reku.

Byl bardzo dobrym lekarzem. Jedna z tych postaci, ktora naznacza wspomnienia i zycie mlodego lekarza, ktorym wtedy bylem. Byl ordynatorem oddzialu leczenia nalogow i jednoczesnie szefem onkologii na naszej internie.

Czesto do poznej nocy siedzial z pacjentem i jego rodzina w specjalnie do tego celu przez niego samego zaaranzowanym pokoju.  Podczas tych rozmow oswajal rodzine pacjenta i jego samego z nadchodzaca nieublagalnie smiercia. Kiedy medycyna dosiegla swych granic, Wolfgang bral pacjenta za reke i razem z nim otwieral brame ostatnich chwil zycia, wypatrujac ze spokojem w sercu nieodwolalnego goscia.

Byl lubiany, a nawet kochany przez pacjentow.

Pewnego dnia, wbiegalem z nim po dwa schody na raz na 6 pietro naszego szpitala. Wolfgang bowiem nie wchodzil po schodach, on biegal. Na jednym z polpieter nagle, jakby znikad wpadla na nas pacjentka. Nie dokonczylismy naszych wspolnych konwencjonalnych przeprosin, kiedy nagle na jej twrzy zaszla nagla zmiana.

Wbila sie doslownie wzrokiem w usmiechnietego Wolfganga i ni stad ni zowad, wykrzykujac „jeszcze raz cos takiego mi zrobisz, pozbawie cie spokojnych nocy!”, zaczela okladac go piesciami.

Zrobilo sie zamieszanie na korytarzu, w koncu pojawil sie szef i poprosil tak Wolfganga jak i pacjentke do swego gabinetu.

Wyjasnienie tej historii zdumialo wszystkich.

Wofgang pewnej nocy pelnil dyzur na intensywnej terapii. Karetka przywiozla pacjentke, ktora jeszcze w windzie, w drodze na oddzial musiala byc reanimowana. Podobno reanimacja trwala dosc dlugo, ale zakonczona byla sukcesem i pacjentka mogla po paru dniach przejsc na oddzial „normalny”.

Lekarze na intensywnej terapii traca kontakt z pacjentami w momencie, kiedy oni przechodza na normalne oddzialy. I tak wlasnie bylo w przypadku Wolfganga ktory wygral walke o zycie tej pacjentki.

Wedlug jej slow, bylo jej po raz pierwszy w zyciu dobrze, czula sie bezpieczna i otulona niesamowicie cieplym swiatlem…jedyna osoba ktora przeszkadzala jej w tym stanie, byl wlasnie Wolfgang, na ktorego patrzyla sie „z gory” i blagala go by ja zostawil w spokoju.

Moze rzeczywiscie, podczas reanimacji otwiera sie gdzies, tam, niewidoczne okno na „za-swiat”.

Tego wieczoru ACDC w gabinecie Wolfganga bylo wyjatkowo donosne.

Reklama

Komentowanie jest wyłączone