W moim domu mam bunkier. Taki prawdziwy, z grubymi na 70 cm zelbetonowymi drzwiami, ze sluza przeciwatomowa, z niezalezna wentylacja. Taki to tu byl do niedawna przepis budowlany: budujesz dom, to z bunkrem. Jezeli nie, bedziesz placil podatki jako „wstepne“ do bunkra gminnego.
Po dluzszym namysleniu i analizowaniu sytuacji geopolitycznej na swiecie, doszedlem do wniosku, ze w najblizszych miesiacach najprawdopodobniej zaden zly kraj nie napadnie raczej na Szwajcarie.
Zdecydowalem sie zatem zmienic dotychczasowe przeznaczenie tego pomieszczenia, i wykorzystujac doskonala jego izolacje od temperatury zewnetrznej, zadecydowalem ze bedzie bunkier teraz spizarnia.
Spiewajacym sercem wstawilem na rownie uszeregowanych polkach, tuz obok dwoch masek gazowych, rozne wiktualy: sloiki z dzemem i miodem, znalazl sie nawet patriotyczny akcent w postaci sloika domowego bigosu. Nie wspomne tez o winie, ktore czuje sie w bunkrze jak w raju.
Z roznych kuchennych szafek wyluskalem tez przerozne ciastka, herbatniki i tym podobne.
Kiedy ostatnio otwarlem drzwi bunkrospizarni, ku memu zdziwieniu, stwierdzilem ze jest ona zamieszkala. Co wiecej, niezameldowani goscie (SKANDAL!!!), najwidoczniej mieli slabosc do herbatnikow slodkich, gardzac slonymi.
Drapiac sie po owlosionej skorze mej chaotycznej glowy, probowalem sobie wytlumaczyc, jak moze taki bunkier mnie ochronic przed bomba atomowa, kiedy nie jest w stanie zabronic wstepu …myszy.
Zatem juz nie jestem sam. Mam myszke. Ludzie stawiaja zazwyczaj pulapki na te zwierzatka, bo z jakiegos powodu sie ich boja. Taka pulapka byla chyba natchnieniem terrorystow z Al-Quaidy. Wlasciwie, dekapituje ona biedna myszke.
Ten tak bardzo bliski naturze kraj, wymyslil humanitarne…lub raczej musanitarne ( od „mus“- lacinskiego przezwiska myszki) pulapki. Otoz myszka wchodzi kuszona czekoladowym kawalkiem ( bo myszki szwajcarskie lapie sie na czekolade…) do pulapki, i kiedy zatapia zabki w smakowitym kasku, metalowe drzwiczki zamykaja sie za nia. Zasadzka godna Templariuszy. Faktem jest, ze myszka cala i zdrowa, najedzona, i jesli nie liczyc czynnika stressu, szczesliwa, moze zostac wypuszczona na wolnosc.
Taka wlasnie templariuszowa zasadzke przygotowalem wczoraj na moja myszke.
Jednak…dzis dowiedzialem sie ciekawej rzeczy.
W kazdej gminie szwajcarskiej, istnieje przepis, ze jezeli przyniesie sie do gminy odciety ogon mysi, pisarz gminny wyplaca za pokwitowaniem 1,0 franka szwajcarskiego. Natychmiast zadzwonilem do mojej gminy, dopytujac sie czy to prawda. Uzyskalem potwierdzenie, z prosba bym przyniosl ten ogon zapakowany w jakis papier. Prawdopodobnie chodzi tu o wzgledy higieniczne.
I oto znalazlem sie wobec dylematu. Puscic mysz na zielone laki…czy zbic majatek na jej ogonku ?
Mam nadzieję, że nie ulegniesz pokusie łatwego interesu na mysiej krzywdzie