Wino

Z okazji zapowiadanej fali upałów zamieszczam fragment płynno-winnego tekstu, który „przywiozłam”  (w sensie „napisałam”, „piszę”, „pracuję nad”) po wizycie  w jednej z najstarszych winnic w Polsce. Z płynno-osobistą refleksją.  
(…)

-Kwitnie winorośl i w tym samym momencie pobudza się wino w piwnicy. Krzew dojrzewa w polu, a w butelce, tej samej odmiany wina – widać bąbelki. Wino butelkowe lekko fermentuje i wygląda jak szampan. Tak, jakby pomiędzy nim, a krzewem gdzieś daleko w polu – była jakaś energia.

Zjawisko kwitnienia wina Kinga K., w ciągu wielu lat życia z winogronem, widziała tylko dwa razy. I nie wie, czy wino pozwoli jej jeszcze kiedyś w tym zjawisku, (o którym wcześniej czytała w książkach i myślała, że to tylko mit) uczestniczyć. Kinga: -Bo wino to tajemnica.

(…)

Kiedy jechałam do Starej Wsi zagotowała mi się woda w chłodnicy (w 30 stopniowy upał), przez chwilę samochód nie chciał zapalić. Modliłam się, żeby dojechać  i z tego wszystkiego zapomniałam kupić baterii do dyktafonu. Zapytałam więc winiarzy, czy nie ma tam gdzieś w pobliżu sklepu.  

-Przyjechała pani na zapadłą wieś i chciałaby pani mieć sklep? –zdziwiła się mama Kingi. W końcu skończyło się na tym, że Robert K. poratował mnie bateriami z pilota do tv. Dyktafon i tak nie zadziałał, więc Wojciech K. poradził, by włożyć go do lodówki. Włożyliśmy.

Nic z tego. Upał robi swoje. Jak skomentowała to mama Kingi: -W taką pogodę wszystko wysiada. Notowałam na pożyczonych od rodziny kartkach. Gdyby nie gościnność Kingi: lody i schłodzona woda wysiadłabym tak samo jak chłodnica i dyktafon.
                                                                             
O wskaźniku chłodnicy dowiedziałam się wtedy od kolegi Odola: -Musisz mieć taki żagiel na falach, sprawdź natychmiast co pokazuje –instruował przez telefon. Jak mu powiedziałam co pokazuje poradził: Zatrzymaj się, jak nie masz płynu do chłodnicy wlewaj cokolwiek!
Wlałam resztkę wody mineralnej, choć Odol mówił, że może to być nawet woda z kałuży, byle coś wlać i uratować chłodnicę. Woda z kałuży! W te upały wtedy w lipcu! Dobre! Jechałam na tereny po przejściu fali powodziowej, ale przed Nową Solą ani jednego śladu po fali nie widziałam.     

W notesie wieczór przed wyjazdem, parę dni wpisałam sobie: numer alarmowy do straży miejskiej w Nowej Soli (nikt kilka razy nie odebrał, jak chciałam spytać o jedną przejezdną labo nieprzejezdną drogę), numer do lokalnej gazety, gdzie jak to bywa wszystko wiedzą i numer do Radia Kierowców.

Tam dowiedziałam się wszystkiego czego chciałam, (podpowiedzieli jak jechać świetnie), więc już do administracji dróg do Zielonej Góry, gdzie też wcześniej zapisałam telefon nie dzwoniłam. Nie piszę tego po to, by narzekać jak to ciężko jeździć w upał nieprzejezdnymi drogami. Nie.  

Piszę to po to, bo nie mogę zapomnieć jak wtedy woda (jej brak albo nadmiar) zdominowała naszą rozmowę z K. Powódź w 1997 roku: (Kinga mówiła: -Po powodzi czujesz się jak bezpański pies. Marzysz, by wrócić do domu. Nie ważne w jakim on jest stanie, to twój dom.)

Deszcze w maju 2010 roku: (Kinga mówiła: -Dały nam strasznie w kość. Połamane namioty, opóźniona wegetacja, słaby owoc. To nie był dobry rok.) I w końcu powódź w 2010. Tym razem ich nie zalało.

W tych opowieściach czuć było nie tylko winiarską pasję, ale też radość z życia w takim, a nie innym domu. Z ogromnymi starymi, drewnianymi drzwiami, dużymi oknami i drewnianą beczką przy bramie. W bliskości Odry i dębowych lasów.

Halina K.: -To taki dom jak na Alasce. Na wsi. Daleko i bez sklepu! Ludzie przyjeżdżają i mówią: Jezu tyle pracy! Współczują nam. Nie wiem dlaczego, bo nam to akurat pasuje. Dla nas tu jest pięknie: dziko, nad rzeką. I wolność. To nasze miejsce. Innego byśmy nie chcieli.

Opowiadali całą rodziną, że w tym ich domu na Alasce w telewizji nic nie jest dla nich ważniejsze niż prognoza pogody. To jest dom, w którym na prognozę pogody po wiadomościach się czeka. I nikt jej nie chce przegapić.     

Rozmawialiśmy o nawadnianiu winnicy (mega ważne), budowaniu domów nad rzeką i poniemieckiej cegle, która w ich przypadku wygrała z żywiołem. Tematem numer jeden, leitmotivem tego spotkania była woda. Deszcz, Odra, mineralka (którą Kinga dała mi na drogę) i płyn w mojej chłodnicy. 
 
A propos płynu. -Anioły wypijają wino w piwnicy – mawiają winiarze francuscy. Kinga długo myślała, że Francuzi mają na myśli to, że po prostu winiarz schodzi do piwnicy i… wypija wino z beczek. I o to chodzi w tym powiedzeniu. Że to taka radosna legenda.

Bez aniołów. Kiedy jednak wraz z Robertem zajęli się piwnicą dowiedzieli się o co chodzi. Kinga: -To sama beczka dębowa pochłania wino! Dąb wyciąga! Oddaje swoje wartości, jest dobry do gromadzenia (Kinga mówi – uszlachetniania) wina, ale część musi odebrać –„wypić”.

Na odkrycie innych tajemnic wina Kinga daje sobie jeszcze czas, wie, że to nie na tym polega, żeby od razu wszystko mieć, tylko z pokorą i cierpliwie doświadczać. I do wszystkiego mądrze dojrzewać . Z czasem.

I na tym polega ta winna tajemnica. Kinga: -Wino to szkoła życia. To nieustająca lekcja pokory, test odporności i sprawdzian twoich możliwości. Na każdym etapie, przez który musisz przejść. To boski krzew, z którego możesz zrobić wszystko i który nauczy cię, jak żyć. 

(…)

Reklama

Komentowanie jest wyłączone