Klimat

Dobrze jest czasem wracać wieczorem do domu zupełnie inna drogą niż zazwyczaj. Wczoraj, dobrze po zmroku skróciłam sobie drogę małą uliczką biegnącą od starego szpitala za dużym kościołem. To część zabytkowej osady fabrycznej.

W niej przy ulicach królują mdławe wielkie lampy rzucające niewiele żółtawego światła. Prawie tyle, że kiedy człowiek idzie w mglisty dzień, wygląda jak duch, ginąc za snopem światła i pojawiając się nagle, kiedy znów wchodzi jego krąg.

W tym klimacie, przy akompaniamencie czerwonawych niewysokich budynków stojących po obu stronach ulicy, uderza widok nagle przeżynającego przestrzeń, strzelistego kościoła. Jest nieco jaśniejszy, bo stoi przy najbardziej oświetlonym placu w mieście, ale z tej strony i tak tylko subtelnie wyłania się z ciemności.

Nie mury przyciągają jednak wzrok ale potężne witraże jak kolorowe boskie oko, szepczące.. chodź, chodź, chodź…

Przypomniał mi się pierwszy wieczorny koncert Sinfoni Varsovii pod batutą Pendereckiego…. Teraz uderzyło mnie to jeszcze raz….
pełen kościół ludzi siedzących na tysiącach krzeseł, na podestach, schodach, ołtarzach, cisnący się przy drzwiach katedry.. niebieskawe światła rzucające dyskretny blask na rzeźby zatroskanych świętych i ciszę… przerywaną strojeniem się orkiestry… skrzypce… kontrabasy… wiolonczele… organizatorzy nerwowo biegali próbując dostawiać krzesła, choć już nie było gdzie… ale jakoś wszyscy mówili półszeptem oczekując prawie nabożnie na mistrza….

Kiedy wszedł nie powiedział nawet słowa… skłonił się i w absolutnej ciszy pociągnął jak za sznurki dłonie muzyków… wzdłuż kręgosłupa przebiegł dreszcz… chwycił go i trzymając opowiadał przedziwne historie .. o patriotyzmie, wierze, upadku, zachwycie, zdradzie…

główne skrzypce to wznosiły się na najwyższe tony… to opadały pozwalając sięgnąć rozpaczy wiolonczelom… muzycy falowali… jakby wiedzeni magiczna siłą dwu pulchnych dłoni… co w małych znaczkach potrafią schwycić największe emocje świata……

Reklama