Moze dlatego ze bardziej uwagi w swym zyciu poswiecalem pracy, moze tez z innych powodow, ale jakos nigdy nie tracilem „cennych“ mysli nad znaczeniem slowa Przyjaciel.
Dzis poznym wieczorem, zderzylem sie z calym ogromem sensu jaki niesie w sobie to slowo.
Kiedys, tak dawno temu…w czasach licealnych, czy pozniej, w akademickich lawkach, byli przyjaciele i tu, i tam, gdzie nie zwrocilo sie oczu, przyjaciel ten albo inny byl w poblizu. Cieszylem sie, choc wlasciwie rozumialo sie to samo przez siebie, ze i moja skromna osoba bywala postrzegana przez wielu jako ich przyjaciel.
Lata mijaly, niespostrzezenie, coraz rzadziej pojawialo sie to slowo na moich ustach…co gorsza, coraz mniej moich mysli tesknilo za wypowiedzeniem go wobec ludzi mnie otaczajacych.
Pojawilo sie inne, dosc powszechnie uzywane okreslenie, jakim jest kolega, lub znajomy.
Dzisiejszy pozny wieczor sprawil, ze usiadlem sobie w ciszy mego szpitalnego gabinetu, otulajac sie w samotnosc wspomnien. Co sie stalo z tymi przyjazniami? Tak czesto uzywane slowo, bylo i bedzie natchnieniem powiesci i poematow…
Nasz dom rodzinny byl domem otwartym dla wszystkich, o kazdej porze dnia i nocy. Mama zawsze dbala o to, b y w lodowce byl garnek fasolki po bretonsku lub bigosu, bo przeciez „nigdy nie wiadomo“. I czesto wyciagany byl ten garnek,o polnocy, czy o drugiej rano, bo wlasnie ktos przyszedl, bo mielismy temat do przedyskutowania i nie cierpiacy zwloki, bo zakladalismy nowy kierunek filozoficzny, bo wlasnie „przyjacielowi“ przytrafila sie niesamowita historia, albo po prostu…ktos wlasnie o tak pozniej porze byl zbyt smutny lub zbyt radosny, by przetrwac te noc z samym soba.
Zdawalo sie, ze sa to wiezy potrafiace przetrwac koniec swiata. Bylismy gotowi w imie przyslowia wskoczyc w ogien za ta przyjazn. Bylismy silni i radosni swiadomoscia ze mamy siebie. Ze wiaze nas Przyjazn.
Minely lata, z tamtych chwil dla wiekszosci z nas pozostal tylko pyl wspomnien. Niektore z tych wiezow przetrwaly. Inne zostaly zerwane zdrada, zaniedbaniem, albo po prostu nie potrafily stawic czola zmianom jakie w kazdym z nas wyrzezbil miniony czas.
Nie mysle , ze przyjazn jest wyzwaniem. Uciekam od pojecia przyjazni jako zrodla obowiazkow wobec drugiej osoby. Przyjazn swoja istota, zamienia wyzwania i obowiazki w gesty naturalnej milosci i zrozumienia nawet wobec bledow i potkniec naszych czy drugiego czlowieka. To troche tak jak z uczuciem szacunku. Osoba ktora sie piekli i glosno krzyczy, ze mam ja szanowac, odstrecza mnie. Szacunek wobec drugiego czlowieka nie budzi sie w krzyku i gniewie samozwanczego autorytetu, ale zakwita na glebie sprawiedliwych gestow, sprawdzonych i wciaz udoskonalanych kompetencji. Zas najwiekszy szacunek budzi we mnie czlowiek, ktory mimo popelnionych, niekiedy strasznych bledow, ma odwage sie do nich przyznac i wyciagnac z nich nauke na dalsza wedrowke po tym badz co badz pieknym padole naszej Ziemi.
Naprawde, dziwne sa losy przyjazni. Niekiedy rzeczywiscie to uczucie nie przestaje sie rozwijac i wzrastac, stajac sie nicia delikatna jak jedwab a jednoczesnie silnym jak stalowa lina, laczac w ten ponadracjonalny sposob ludzkie dusze. To taka idealna ewolucja przyjazni. Aby tak sie wlasnie stalo, ocean tolerancji i zrozumienia jest potrzebny z obu stron. Jezeli powodem zniszczenia przyjazni maja byc nieodebrane telefony , jezeli przyjazn ma byc ciagle wystawiana na probe bombardowan wspomnieniami o wzajemnych bledach, o ktorych sie juz nawet niekiedy nie pamieta…wtedy staje sie to uczucie wymowka, narzedziem psychicznego szantazu lub rewanzu za cos, czego sami nie jestesmy czesto swiadomi. Wtedy przyjazn taka moze zmienic oblicze na ohydny wizerunek pogardy lub co jeszcze smutniejsze…zobojetnienia.
Mowi sie wtedy czerpiac z ludowej madrosci, ze taka przyjazn „nie przetrwala proby czasu“.
Czy naprawde o szczerosci i autentycznosci przyjazni decyduje czynnik czasu?
Dzis wieczorem wlasnie to pytanie stlumilo wszystkie inne moje mysli.
Wyszedlem na taras szpitalny, w przerwie dyktowania dzisiejszych badan. Powitala mnie cisza zimowego wieczoru alpejskich szczytow. Nie lubie tych surowych, kamienistych i wciaz mi obcych gor. Jednak tutejsze zimowe wieczory rzucaja nawet na moja niewierna i niewdzieczna dusze jakis niewypowiedziany urok.
Grzejac dlonie cieplem kubka kawy, delektujac sie smakiem pierwszego dzis papierosa, wyrywam sie z zamyslenia zauwazajac Go obok mnie. Pali w milczeniu. Mimo obowiazujacej w tym kraju przepisowej grzecznosci, jakos ani on ani ja, nie czujemy potrzeby sztucznego usmiechu i konwenansowego powitania.
Czesto mamy ze soba kontakt w codziennym szpitalnym zyciu, jestesmy uprzejmi i grzeczni wobec siebie, nic ponadto…
Wiem, ze od pewnego czasu jest przygnebiony bardzo smutnym zdarzeniem…ciezka choroba coreczki, od ktorej dzieli go tysiac kilometrow i trzy granice.
Przez dluzsza chwile stoimy obok siebie, korzystajac z tej samej popielniczki, szanujac wszeobecna cisze patrzymy sie jak niesmiali swiadkowie na wciaz zmieniajaca sie pod platkami sniegu zimowa dekoracje wokol nas.
Zaczynam drzec z zimna, ale jakos niezrecznie mi jest odchodzic…zapalam drugiego papierosa…slyszac w tym momencie ciepla melodie jego glosu. Opowiada, choc o nic go nie pytalem. Kazde uslyszane slowo dotyka delikatnym musnieciem zakamarki mej duszy. Opowiada mi o swej coreczce…cieplem swej opowiesci malujac na tanczacych platkach sniegu jej usmiech. Ich pierwsze wakacje…Jej pierwsze smutki i radosci w szkole…Jej ulubione zabawy…
Kiedy wciaz tym cichym i cieplym glosem wspomina jej placz na wiesc o tym, ze on odchodzi na zawsze z domu…jego lzy przejmuja dalszy ciag opowiesci.
Kiedy dowedzial sie o diagnozie, w ciagu paru godzin byl przy jej lozeczku szpitalnym. Pare dni pozniej pierwsza reanimacja….umieral wraz z nia i wini siebie, ze nie byl w stanie dodac jej sily. Ale byl przy niej. Trzymal jej raczke kiedy jej serduszko znow zaczelo wybijac regularny rytm zycia.
Na druga reanimacje nie zdazyl. Kiedy jego samochod polykal kilometry, mial wciaz wlaczony telefon, po drugiej stronie pielegniarka starala sie podtrzymac go na duchu relacjonujac przebieg heroicznych zabiegow lekarzy.
Kiedy w koncu dotarl do niej, spala spokojnym snem malego, dzielnego zolnierza po zwycieskiej bitwie.
Teraz…stan zawieszenia we wszechswiecie nadziei. Podobno komplikacje juz przezwyciezone. Otwarta droga dla leczenia…o ktorym nawet nie chce wspominac, bo wiemy obaj, jaka terapia czeka tego malego aniolka.
Milcze. Nie wypowiedzialem ani jednego slowa.
On skonczyl swa opowiesc…
Odwraca sie do mnie patrzac w oczy, usmiecha sie i szepcze …”dziekuje”…odchodzi.
Kiedy wchodze do swego gabinetu, zauwazam ze moja “przerwa” trwala blisko godzine. Nie czuje zimna. Wrecz przeciwnie, krople potu szukaja drogi na moich plecach. Drze…ale teraz juz nie z powodu zimna.
Dzis wieczorem zrozumialem, ze Przyjazn nie ma nic wspolnego z czynnikiem czasu.
