Crux medicorum

Uprawianie Medycyny wewnetrznej przypomina mi czesto prace detektywistyczna. Podstawa do rozwiazania problemu, czyli do postawienia wlasciwego rozpoznania i w konsekwencji do wdrozenia stosownego leczenia, jest zebranie informacji. Zatem innymi slowy rozmowa z pacjentem, lub kiedy to jest z roznych powodow niemozliwe, zrodlem pomocnych informacji staje sie rodzina i bliscy pacjenta.

Niekiedy tak zwane „znaki witalne” chorego nieublagalnie zmuszaja do ograniczenia tej rozmowy do niezbednego minimum. Wtedy sztuka leczenia polega na stawianiu krotkich, konkretnych pytan aby uzyskac jak najwiecej informacji w jak najkrotszym czasie. To pozwala na szybkie wdrozenie leczenia ktore niczym dobroczynny wiatr zaprowadzi lodz cierpienia pacjenta do bezpiecznego portu. Dopiero wtedy, gdy bezposrednie niebezpieczenstwo zostanie zazegnane, mozna usiasc przy pacjencie i slowami, gestami, spojrzeniem dotrzec wraz z nim do zrodel choroby.

Z Nim bylo inaczej. Cisnienie krwi, czestosc bicia serca i szybkosc oddechu nie wskazywaly na zagrazajace niebezpieczenstwo. Jego stabilny stan potwierdzily badania laboratoryjne. Mielismy zatem czas, by z Nim rozmawiac o bolu na ktory sie skarzyl.

W opisie bolu jest wazny kazdy szczegol, slowa jakimi chory opisuje jego charakter i natezenie. Wazne tez jest obserwowanie gestow pacjenta, kiedy pokazuje lekarzowi zbolale miejsce….czy wskazuje na nia wyprostowanym jednym palcem, plaska dlonia, czy dlonia zwinieta w piesc…kazdy z tych gestow oddaje charakter bolu i moze naprowadzic badajacego juz w tym momencie na odpowiedni trop.

Dziwne bylo to, ze On za kazdym razem inaczej opisywal trawiacy go bol. W Jego przypadku bylo nas trzech „detektywow”, kazdy z nas w odstepie parodziesieciominutowym przychodzil i z Nim rozmawial…i kazdy z nas wychodzil z jego pokoju z innymi, niekiedy sprzecznymi informacjami w porownaniu z poprzednim badajacym.

Innym waznym szczegolem dajacym nam do myslenia byl Jego wiek…22 lata. Wlasnie zaczal zycie zawodowe i odbyl swoj pierwszy dzien w pracy kiedy zglosil sie do naszego szpitala.

Tutejsza medycyna jest bardzo szczodra jezeli chodzi o badania „aparaturowe”, szczegolnie wtedy kiedy detektywistyczna praca lekarskich zmyslow nie daje zadowalajacych wynikow…i szczegolnie wtedy kiedy pacjent jest mlody.

Tak tez bylo w Jego przypadku…metody badawcze tak zwanej „szkolnej medycyny” nie daly jednak zadnego konkretnego wyniku.

A pacjent jak lezal tak lezal w lozku.

Kiedy nastepnego dnia rano przyszedlem z obchodem do Niego, majac w dloni wyniki badan kontrolnych, rownie normalne jak w momencie Jego przyjecia…czulem na swoim plecach ciezar spojrzen pielegniarek i moich mlodszych kolegow…a Jemu spojrzalem jak mozna bylo najglebiej w oczy…i sam nie wiem jak te slowa dostaly sie na moje usta…ale glosno powiedzialem : „Lazarzu, wstan i idz”.

Usmiechnal sie szeroko, wyskoczyl z lozka, zbierajac w biegu i ze zwinnoscia o ktora Go nie podejrzewalem swoje rzeczy i otwierajac drzwi swego pokoju na odchodne zawolal „no to czeeeesc”…

Przez dobra chwile nikt z nas obecnych nie wypowiedzial ani slowa…ale od tego dnia ten pokoj nosi przydomek „pokoju Lazarza”.

Reklama

Komentowanie jest wyłączone