Niech Wroclaw Stolica bedzie!..

Juz dawno nie bylem w Warszawie.

Przyznam , ze kiedy samolot zaczyna nabierac rozpedu, by za chwile uniesc sie w powietrze, oddycham glebiej i radosniej. Lot jest krotki, niespelna poltorej godziny…kiedy zaczyna sie podejscie do ladowania, zawsze wypatruje konturow Warszawy przez okno, cieszac sie ze za chwile znow tam bede.

I tym razem, ucieszylem sie kiedy zza gestych chmur, wylonilo sie to miasto.

Przywital mnie deszcz i zimny wiatr…jakos tak nieprzytulnie sie zrobilo.

Wsiadlem do brudnej, zabloconej taksowki i poprosilem o podwiezienie mnie na dworzec kolejowy, jak zwykle musialem z panem taksowkarzem dojsc do porozumienia o jaki dworzec mi chodzi, Warszawa Glowna czy Warszawa Centralna…i do dzis nie wiem dlaczego dwa dworce w jednym miescie pretenduja swa nazwa do najwazniejszego punktu kolejowego.

Kiedy przez okno taksowki spojrzalem na mijajacy pejzaz Alei Zwirki i Wigury, jeszcze smutniej zrobilo mi sie w sercu. Szarosc, brud, chaos, dominowaly wokol mnie, przede mna, za mna. Zwaly brudnego sniegu na krawedzi ulicy, samochody bezpardonowo wjezdzajace w kaluze, opryskujace przyzwyczajonych do tego i zadziwiajaco stoickich przechodniow.

Odruchowo, trzymalem sie siedzenia, unikajac wiekszych podskokow, kiedy kola taksowki nie zmniejszajac predkosci wpadaly w dziury o roznej glebokosci i wielkosci.

Kiedy skrecilismy w Aleje Jerozolimskie, szarosc nieba zostala przelicytowana szaroburym kolorem budynkow, troche koloru chcialyby nadac stragany, (niektore  zwace sie dumnie „butikami” ), zabierajace miejsce na co prawda przesadnie szerokich chodnikach. Jednak wyblakle farby szyldow, najczesciej odrecznie malowanych, nie calkiem zgodnie z regulami kaligrafii, dopelnialy tylko ponurego wrazenia.  Uderzajaco duza ilosc reklamujacych sie gabinetow stomatologicznych…prawdopodobnie maja tutaj dentysci pelne rece roboty, moze z powodu zgrzytajacych zebami mieszkancow „stolicy” na rzeczywstosc ich otaczajaca. Niektore z mijanych budynkow zdawaly sie groznie spogladac na swiat pod ich stopami, jakby grozac majacym za chwile nastapic zawaleniem.

„Jakos szaro i smutno tutaj”…powiedzialem bardziej do siebie niz do pana taksowkarza. „A co pan chce? Warszawka pracuje, nie ma czasu na szikimiki”…uslyszalem w odpowiedzi.

„Tu pana wyrzuce, bo nie mam gdzie zaparkowac”, oswiadczyl moj przewoznik niemal hadesowy. Poslusznie wysiadlem. Po okolo 10 minutach i jednym okrazeniu szybkim krokiem tego co kiedys bylo dworcem kolejowym, znalazlem w koncu wejscie.

Dworzec jest w remoncie. Choc wlasciwie ma sie wrazenie, ze to raczej gruntowna rozbiorka.

Ogromne kolejki przed kasami biletowymi. Oczywiscie, o automatach biletowych nie ma co marzyc, bo przeciez to dopiero poczatek 21-go wieku. Skierowalem swe kroki do stoiska (chyba tak to trzeba nazwac), nad ktorym widnial napis „Punkt informacyjny. Information service”…Mialem bowiem nadzieje ze nadal istnieja oddzielne kasy w ktorych mozna nabyc bilety na pociagi expressowe. Przede mna , sugerujac sie napisem w watpliwym angielskim, dwie turystki probujace sie dowiedziec po angielsku czy moga kupic bilety w tym stoisku, czy tez musza stac w kolejce. Pani po drugiej strony szyby odpowiadala na wszystkie pytania jednoakcentowym „yesyes”. Turystki w koncu bardzo sie ucieszyly, bo slowo „yesyes” wzbudzilo ich nadzieje na zakup biletu. Wyciagnely zatem pieniadze. „nono, tickets tam”, wskazujacym palcem Pani zza okienka pokazala weze kolejkowe.

No coz, nawet w „Information service”  nie kazdy musi mowic po angielsku, pomyslalem patrzac na oddalajace sie znuzonym i zawiedzionym krokiem turystki.
„Prosze Pani, chcialem sie dowiedziec czy na pociag expressowy do katowic na 14.45 moge kupic bilet w innej kasie , czy musze stac w tych kolejkach?”

Pani zza okienka fachowo zaczela przewracac kartki w czyms co prawdopodobnie bylo rozkladem jazdy, po czym przekrzykujac halas ogolnie panujacy, poinformowala mnie z duma w glosie o nadzwyczajnym chyba fakcie” tak, pociag odjedzie planowo”. Przez chwile zastanawialem sie, czy mam powtorzyc pytanie…ale zrezygnowalem, bedac wdzieczny za badz co badz najwidoczniej cenna informacje.

Mimo ze wladam jezykiem polskim, poczulem sie w tym kolejowym uniwersum zagubiony. Ze wszad dochodzily odglosy wiertarek udarowych, mlotow pneumatycznych, skladajace sie na asynchroniczna kakofonie ogluszajacych dzwiekow. Podobnie jak ja, zagubieni potencjalni pasazerowie, blakali sie po tym tymczasowym holu. Francuzi maja alternatywne okreslenie „poczekalni” : „salle des pas perdus”…sala zagubionych krokow. To miejsce jak nabardziej odpowiadalo temu okresleniu.

Zszedlem na dol. Tam wlasnie, w podziemiach tego dworca, toczy sie zycie. Wszechobecne bloto i brut, oswietlone zimnym blaskiem neonow i sklepiko-straganow, nikomu tam nie przeszkadza.  Wszedobylska, zdawaloby sie wrecz charakterystyczna dla tego miasta, jarmarczna atmosfera. Jednak, ku mojej radosci, bylo tam nawet pare kas, w ktorych mozna bylo nabyc bilety na pociagi expressowe. Kiedy wystalem w koncu w bardzo malej kolejce, dowiedzialem sie , ze mozna co prawda bilet kupic, ale tylko za gotowke, kart platniczych „nie przyjmuja”. Zatem udalem sie w poszukiwanie dystrybutora, ktorego znalezienie tez nie bylo tak oczywiste.

W koncu, po szczesliwie dokonanym zakupie „tytulu przejazdu”, okazalo sie ze mam jeszcze okolo godziny czasu do odjazdu upragnionego pociagu. Nie bylo jakiejkolwiek mozliwosci , usiasc przy spokojnym stoliku i napic sie kawy…podobno byla gdzies tam jakas kawiarnia, nawet ja widzialem, ale nie zdolalem znalezc drzwi wejsciowych. Chyba nalezalo tam wjechac winda, jednak winda nie dzialala.

Stanalem wiec (wciaz bedac w tych podziemiach), przed jakas wystawa i ….zaczalem podciagac spodnie i poprawiac pasek (bo schudlem ostatnio). Nagle, po tym jak znalazlem wlasciwa dziurke w pasku..zorientowalem sie, ze stanelo obok mnie dwoch dryblasow, w zoltych kamizelkach i z palkami przypietymi do paskow. „Pan odejdzie”. Glosem nie znoszacym chyba sprzeciwu odezwal sie jeden z nich. Zaskoczony, pytam sie, „pan do mnie mowi?”. „Pan odejdzie”. Padla automatycznie nagrana odpowiedz. „ale co ja zrobilem, o co panu chodzi?” „Pan odejdzie”. Hummm…wiec „pan”odszedl. kiedy odwrocilem sie jeszcze probujac wciaz zrozumiec incydent, okazalo sie , ze poprawialem swoj pasek przed witryna firmy „Western Union”, co prawdopodobnie panom policjantom wydalo sie bardzo podejrzane. No, w koncu pilnuja „porzadku”….

Przyznam, ze z wielka ulga wsiadlem wreszcie do pociagu.

I tak rozmyslajac o tym tranzytowym pobycie w Warszawie, stwierdzilem w duchu, ze wlasciwie to miasto nie nadaje sie na Stolice Polski. Gdyby nie wygodnictwo szwedzkiego krola Zygmunta, Krakow nadal bylby centralnym punktem kraju, I moze nie bylby teraz takim prowincjonalnym miasteczkiem.

Warszawa jest trudno osiagalna , bez wzgledu na srodki lokomocji, czy to z kraju, czy zza granicy. Linie kolejowe czy drogi, prowadzace do tego miasta, sa zaniedbane, uciazliwe i w zlym stanie. Poza tym, jest to miasto polozone blisko granicy naszych potencjalnych odwiecznych nieprzyjaciol, ktorzy od wiekow prowadza polityke separacji od swiata rozwinietego.

Miasto jest zaniedbane, brudne, bez polotu. Postawiono klika wiezowcow, hucznie trabiac o drugim „Dubaju”. Uciekajac w gore, nie uporzadkuje sie balaganu na nizinach.

Podobno juz nie bedzie w najbizszej przyszlosci nowych „drapaczy chmur” . I dobrze. Moze zajma sie nareszcie porzadkowaniem ulic i renowacja tego, co straszy.
Tak myslac w takt stukajacych kol wagonu, wpadlem na pomysl, ze przeciez mozna by przeniesc Stolice do innego miasta.

Odruchowo przed oczami zobaczylem Wroclaw. Miasto schludne, ladne, tetniace zyciem, radosne. Dojazd do Wroclawia jest duzo latwiejszy z kazdego zakatka Polski czy swiata. Jest usytuowane tuz przy granicy z cywilizacja. Przykladem niech beda Niemcy, ktorzy w niespelna rok, zdelokalizowali swoja stolice z Bonn do Berlina.

Zatem…dlaczego nie?…..

Niech Wroclaw Stolica bedzie!

Reklama

Komentowanie jest wyłączone