Pożar

Próbowałam zrekonstruować wydarzenia po nocnym pożarze w podwarszawskim miasteczku, gdzie zginęło dwoje dzieci. Lutowy ranek był zimny. Z trudem wytrzymywałam kilka minut z mikrofonem i bez rękawiczek. Mały domek, poczerniały od dymu, straszył wybitymi oknami i drzwiami. Na miejscu tragedii pracowała policja, prokurator i straż. Wszyscy małomówni. Obok pogorzeliska stała szlochająca kobieta z bielmem na jednym oku. Jej córka była matką maluchów. Tej nocy jednak córki nie było przy dzieciach. Dzieci i ojca z pożaru próbowali ratować sąsiedzi komunalnych kamienic, zanim jeszcze przyjechała straż i policja. Kiedy mówili o pożarze, z przerażania rozszerzały im się źrenice. Mówili, że obudził ich trzask i krzyk. Najpierw nie reagowali, bo myśleli, że to jakaś awantura uliczna, nic nie zwykłego w tej okolicy. Potem hałas ich zaniepokoił. Kiedy się zorientowali mały, domek, bardziej przypominający dwie komórki z cegieł i drewna, stał w płomieniach. Krzyczał ojciec. Sąsiedzi zadzwonili na policję i pogotowie. Wtedy zebrało się już kilkanaście osób. Mężczyźni próbowali ratować dzieci. Te które wydostali, zawinęli w ręczniki i zabrali do domu. Jednak ogień szybko ogarnął cały dom, nikt już nie chciał ryzykować wchodzenia do płonącej pułapki. Trzeba było poczekać na straż. W którymś momencie ojciec dzieci zemdlał. Przyjechała straż. Półnagie dzieci wydobywane z płonącego domku, kładziono wprost na ziemi. Sąsiedzi powtarzali, ze to było straszne. Dwoje dzieci zaczadziło się, czworo w tym jedno w stanie ciężkim, trafiło do szpitala.

Paradoksalnie, może dzieciom ( w wieku od 2 do 9 lat) nic by nie było, gdyby sąd, który od miesięcy przyglądał się rodzinie, działał szybciej. Jak się dowiedziałam w ratuszu, maluchy miały trafić do rodziny zastępczej. Nie zdążyły. Pozostały w domku bez prądu i bieżącej wody, pod opieką ojca.

Wróciłam tego dnia jeszcze raz na pogorzelisko. Co chwilę, przychodził ktoś zobaczyć miejsce tragedii i odchodził w milczeniu. Nawet dzieciaki, może kilkunastoletnie. Skończyłam pracę. Szłam do samochodu z mikrofonem i kostką radiową w rękach. Wtedy usłyszałam głos gdzieś z góry: proszę pani, proszę pani! Najpierw nikogo nie zauważyłam. Myślałam, ze może mi się zdawało, ale przytłumiony głos, zawołał jeszcze kilka razy. Podniosłam oczy. Z uchylonych drzwi balkonowych piętrowego domu próbowała dać o sobie znać może 50 letnia kobieta. Kiedy zobaczyła, ze ją zlokalizowałam, tym samym przytłumionym głosem powiedziała, ze ma to wszystko nagrane. Jakbym chciała. To ma. Wszystko. Od początku do końca. Osłupiałam. Znów odniosłam wrażenie, że się przesłyszałam, ale ona powtórzyła kilka razy. Mamy to nagrane kamerą. Od początku jak było widać płomienie, do samego końca całą akcję. Półszeptała, półkrzyczała do mnie, pod jej domem, przy samochodzie. Zawahałam się, co jej odpowiedzieć, ale tylko spuściłam oczy na chwilę i podziękowałam. Jeszcze raz powtórzyła, ze ma wszystko nagrane, ale ponieważ już nic nie mówiłam, rozczarowana cofnęła się i zamknęła drzwi.

Jej dom wyglądał lepiej niż inne w tej okolicy. Stał tylko kilkanaście metrów od płonącego domku. Mogła mieć to nagranie. Tylko dlaczego je ma, skoro obok umierały w tym samym czasie dzieci, kołatało mi się po głowie. Dlaczego je ma?!

Reklama