Mam talent po parysku

Koniec czerwca. Upał. 34 stopnie Celsjusza. Miasto jest białe od słońca. W dzielnicy łacińskiej przy fontannie spory tłum. Jakiś magik puszcza wielkie bańki mydlane jak w reklamie T- mobile. Młody muzyk gra na saksofonie. Miejscowi i turyści przycupnęli przy wodzie. Zimna woda pryska po plecach i nagich karkach. Nikt się nie broni. Kolorowy tłum przepływa przez przejścia dla pieszych. Trudno wychwycić jeden język. Tłum mówi po rosyjsku, włosku, turecku, niemiecku, czesku…najmniej po angielsku. Jakaś wszyscy mają sporo energii.

Zgłodnieliśmy. Nieopodal Chińczycy serwują kanapki i sałatki.

Mili Chińczycy. Z przyklejonym uśmiechem pytają, pakują, liczą, podają.

Nagle z różnojęzycznego gwaru przebija się schrypnięty głos śpiewaka. Mocno fałszuje ale dzielnie ciągnie jakiś francuski szlagier. Krzyczy, żeby przebić się przez tłum. Odwracam głowę.

Stoi. Szczupły jak tyczka, poczerniały na twarzy, ze zmierzwionym włosem, w rozciągniętej koszuli, mocno brudnych, za szerokich spodniach, może 50 letni kloszard. Nie budzi sprzeciwu, ani politowania. Przechodzący patrzą na niego z zainteresowaniem. Stoi przesadnie wyprostowany i śpiewa. U stóp postawił plastikowy kubek na monety. Nie zebrze. Nie zaczepia. Stara się konkurować, choć nie wiadomo z czym. Chce zasłużyć na uwagę. Słuchać się go długo nie da, bo fałszuje. Ale sprawia, że Paryż staje się żywy, intrygujący, niepowtarzalny.

Kiedy podchodzę nie patrzy na mnie. Ciągle ze sztywną szyją patrzy w niewidzialny punkt przed siebie. Skupia się na tekście. Ma już kilka monet w kubku. Dorzucam drobną, uśmiechając się w duchu, na ten kloszardzi sposób na biznes. Pewnie szybko zbierze potrzebna sumę. A potem jak co dzień – odpłynie, a jego sąsiedzi z ulgą przyjmą koniec koncertu i monotonny, jednostajny szum tłumu.

Reklama