Samotnie za koło polarne

Raczej z konieczności, niż przyjemności, bardziej z przypadku niż rozsądku, popłynąłem w samotny rejs. W zasadzie miało to być zwykłe przeprowadzenie jachtu z portu do portu, wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Norwegii, z Bergen, za kolo polarne do Bodo.

Trasa ciekawa, widoki wspaniale, skały, pływy, prądy, fale, statki, promy, szybkie motorówki, czyli wszystko to, na co należy uważać żeglując w strefach przybrzeżnych.

Załogę skompletowałem w dość niezwykły sposób. Poprosiłem mojego znajomego, aby mi towarzyszył. Zgodził się nie bez obaw, ostatecznie nigdy nie był na morzu. Po drobnych przygotowaniach polecieliśmy do Bergen. Na miejscu, po sklarowaniu jachtu, wypłynęliśmy w pozornie wspaniały rejs. Nie wdając się w szczegóły, po wypłynięciu z portu i przepłynięciu paru godzin w  średnich warunkach pogodowych  znajomy uciekł z jachtu. Tym sposobem zostałem sam.

W zasadzie miałem tylko chwile na przeanalizowanie sytuacji i podjecie decyzji. Pomyślałem, że po 30 latach pływania po morzach i oceanach jest to kolejne wyzwanie, któremu należy sprostać. Zresztą termin, w którym jacht miał sie znaleźć w Bodo był już ustalony i jakiekolwiek opóźnienie związane z szukaniem załogi i czekaniem na ich przylot i przyjazd nie wchodziło w rachubę.

W ten sposób zaczęła sie przygoda, która długo zostanie w mojej pamięci.

Na początek musiałem rozwiązać parę spraw technicznych i logistycznych.

Jako ze płynąłem jachtem klasy Carter 30 z silnikiem wbudowanym moglem liczyć na to, że w trudnych chwilach pomogę sobie tym silnikiem. Rumpel usztywniłem

liną, którą wybrałem na knagach po obu burtach. Tym sposobem jacht utrzymywał kurs w zależności od ustawienia żagli i siły wiatru, od jednej do paru minut, miałem wiec czas, żeby spisać i sprawdzić pozycje lub uruchomić kuchenkę.

Większość trasy przebiegała miedzy wyspami i fiordami, wiec nie można było zostawić steru bez ciągłego korygowania kursu. Dobrym rozwiązaniem okazał sie patent rolowania grota na bomie. Zrzucanie i stawianie tego żagla nie sprawiało żadnych problemów. Niestety na jachcie nie było rolowanego foka i każdorazowe manewry z tym żaglem wymagały mojej bytności na dziobie. Zresztą w czasie rejsu parę razy musiałem zmieniać przedni żagiel, a trzy razy szyć ? w biegu?. Dla bezpieczeństwa miałem założone szelki asekuracyjne, ale sami wiecie jak one często przeszkadzają.

W związku z tym, że na jachcie nie było pomocy nawigacyjnych, na większa część trasy, przed rejsem kupiłem mapy, ale tylko ?generalki? . Kupno map szczegółowych, na tak długi odcinek wiązało sie z dużym wydatkiem i niestety nie bylem na to przygotowany. Z tego też powodu , w niektórych miejscach musiałem płynąć na tzw. ?intuicje? lub zgodnie z powiedzeniem ? płyń za nimi, oni wiedza gdzie płynąc?. Część trasy prowadziła miedzy skalistymi wyspami zachodniego wybrzeża Norwegii, a cześć otwartym morzem. Wypływanie z fiordów na otwarte morze jest chyba dosyć niebezpieczne dla małych jednostek, bo widziałem jak jachty i motorówki pokonywały te odcinki w asyście statku ratowniczego w zorganizowanych grupach.

Oznakowanie jest dosyć ubogie, ale wystarczające. Zadziwiająca jest skuteczność oznakowania pochodzącego sprzed ery bojek i latarni.

Ustawione kurhaniki z kamieni i tyczki z prostokącikiem wskazującym bezpieczną wodę mają pewnie więcej niż 100 lat i nadal świetnie spełniają swoja role.

Na trasie rejsu mało jest portów i przystani, ale jak już sie taki znajdzie, to można być pewnym spokojnego postoju. Większość z nich posiada pływający pomost z woda i prądem. Przy skoku pływu ponad 3 m, dwa razy na dobę taki pomost daje sporo wytchnienia. Można spokojnie spać nie martwiąc sie o luzowanie i wybieranie cum. Rozliczenie za postój polega na tym, że do skrzynki na lądzie wrzuca sie stosowną opłatę. Można tez wziąć sobie druk wypisanej już faktury i wpisując swoje dane oddać swojemu księgowemu. Oczywiście nie ma żadnego bosmana, stróża, czy pani sprzątaczki kontrolujących i pobierających opłaty. Paliwo kupuje sie na samoobsługowych terminalach. Paliwo do jachtów i łodzi jest tańsze prawie o połowę od paliwa do samochodów.

Pogoda w czasie rejsu była różna. Od deszczu z silnym wiatrem , po którym musiałem szyć żagle, do pięknego słońca, gdzie w spokojnym, baksztagowym kursie mogłem docenić korzyści samotnej żeglugi i zrzucając całe ubranie zażywać kąpieli słonecznych.

Rejs udało sie ukończyć w terminie. Na szczęście, oprócz podartych żagli, nie było większych awarii.

Tak to już chyba jest, ze każdy nasz ?pierwszy raz? pozostaje długo w pamięci. Myślę , że i tym razem tak będzie. Jedno wiem na pewno, chciałbym to przeżyć jeszcze raz.

Rejs rozpoczął sie 30 lipca 2007 w Bergen, poz 60 27 N i 005 16 E. Zakończył sie 08 sierpnia 2007 w Bodo poz. 67 17 N i 014 22 E. W tym czasie przepłynąłem ponad 700 Mm.

Publikacja, Żagle, 2008 rok

j.k.ż.w. Mirosław Tułodziecki

Reklama