Majowy słowik

Znów go słyszę. Musiał przylecieć wczoraj, bo od rana wyśpiewuje słowicze trele. Konkuruje z odgłosami ulicy, a jednak jego dźwięczny głosik przebija się przez hałas.

Odetchnęłam, że jest. Wreszcie wielki księżyc za oknem nie jest już sam.

Zawsze, kiedy nie ma go dość długo, zaczynam wątpić, czy tym razem nie wzgardzi hałaśliwym parkiem i nie poszuka sobie znacznie spokojniejszego miejsca. A jednak coś go tu ciągnie. Mimo wszystko.

Któregoś ciepłego dnia sprowadza się w sąsiedztwo rzeki, rozlewiska i chaszczy, przez które już nawet dzieci się nie przedzierają. Wsłuchuje się w szeleszczące wierzby, trzeszczące tople, miarowy szum rzeczki. Czasem nasłuchuje żab, a kiedy ich nie słyszy…rozpoczyna swoją piosenkę.

Nawet nie czeka na zmierzch.

I dobrze.

Otwieram okna.

Z jego piosenką wpada strumieniem rześkie powietrze, delikatny zapach zieleni i drżąca podnieceniem niepewność wiosny./AJ

Reklama

Jedna odpowiedź to “Majowy słowik”

  • Jacek

    Bardzo sugestywna wiosenna opowiesc…Az za szczytami Alp zapachnialo runem lasu Podkowy Lesnej…

Trackbacks

  •