Podroz w strone serca…

W dzisiejszych czasach, lekarze rzadko osluchuja serce. Zawierzaja maszynerii i jej pozornej nieomylnosci.

Pamietam z jakim zapalem w czasach studenckich polykalem prawie doslownie strony ksiazki Pani Doktor Goldstein, „Sztuka Osluchiwania Serca”. Pozycja juz od dawna nie wznowiona, prawdopodobnie dlatego, ze brakloby popytu. Prawda jest tez, ze udoskonalona technika bezlitosnie zweryfikowala niektore kanony auskultacji serca.

Mimo to, wsluchiwanie sie w rytm zycia, potrafi obdarzyc nas wieloma informacjami, ktore mozemy oczywiscie tez uzyskac bezmyslnie i rutynowo zakreslajac wartosci krwi na kartce laboratoryjnej, czy tez podlaczajac pacjenta do elektrod EKG. Jednak w gescie przylozenia stetoskopu do klatki piersiowej pacjenta jest tez hold oddawany pionierom jak Laennec, ktorzy kosztem nawet swojej reputacji usilowali przelamywac utarte opinie i teorie. Ten sam gest wyraza tez szacunek wobec samego pacjenta, ktory niekiedy naprawde sie dziwi, ze lekarz ma „czas by go osluchac”. W koncu jest to jeden z gestow, ktorym medycyna potwierdza sie jako sztuka, nie tylko jako zimna, bezosobowa nauka.

Lubie wsluchiwac sie w rytm serca, sledzic jego melodie, wykrywac jak detektyw budzace podejrzenia szmery lub potkniecia rytmu. Uwielbiam laczyc w myslach dolegliwosci pacjenta z zakodowanym jezykiem jakim do mnie jego serce przemawia.

Dopiero potem…majac juz pewna idee istoty schorzenia, przechodze do aparatu. Mam ten przywilej, ze aparat stojacy w moim gabinecie, pozwala na podroz trojwymiarowa w zakamarki tego cudownego i do konca jeszcze nie zrozumianego organu…

Opracowywanie tych zdjec moze zajac caly dzien, jezeli sie tego pragnie. Niekiedy, podnoszac oczy znad ekranu dziwie sie, ze za oknem juz wieczor. To jakby plywanie w oceanie…traci sie poczucie czasu…

LAX

Reklama