Pożegnaliśmy naszego kolegę, autora bloga Jacka Cichonia

 Dotknęła nas wielka strata. Na początku listopada w tragicznym wypadku samochodowym w Chorzowie zginął Jacek Cichoń, wspaniały przyjaciel, znakomity lekarz, również Lekarz bez Granic, uczciwy do bólu człowiek o wielkim sercu i niezwykłej wrażliwości, świetny obserwator świata, poeta, ukochany ojciec. Miał 52 lata. Osierocił 4 dzieci.

Poznałam Jacka wiele lat temu. Już wtedy mieszkał w Szwajcarii i leczył serca seniorów w jednym z kurortów. Wysłałam mu swoją pracę dyplomową o Żydach w Auschwitz, on pozwolił mi przeczytać kilka swoich literackich obrazków, bo tak je chyba trzeba nazwać, których inspiracją były spotkania z jego pacjentami. Już wtedy wiedziałam że ta przyjaźń się nie skończy. Trudno go było nie pokochać za wyjątkową subtelność, wrażliwość, spostrzegawczość i szacunek dla pacjenta, a jednocześnie styl, trochę niedzisiejszy, ale ujmujący. Wiele rozmawialiśmy, potem Jacek znikał, żeby zająć się swoimi ważnymi sprawami. Po jakimś pół roku, paru miesiącach, nagle się odzywał i znów wiedliśmy swoje rozmowy na odległość. Nigdy nie przeszkadzał mi ten rytm, bo przyjaźnie nie narzucają sobie rygorów, cieszą się czasem sobie danym. Kilka lat temu, kiedy uruchomiłyśmy z moją wspólniczką portal Żyroskop.info.pl, Jacek postanowił zacząć pisać u nas bloga. Nie spodziewałam się, że będzie to robił regularnie, ale on uznał to za jakiś rodzaj swojego obowiązku i pisał regularnie. Najpierw o swoich pacjentach, potem im bardziej czynił starania o odzyskanie obywatelstwa, tym częściej poświęcał swoje wpisy sytuacji politycznej, nierzadko narażając się na surowe komentarze. Niezasłużenie, bo był człowiekiem wielkiej kultury, obdarzonym niezwykłym poczuciem humoru i wielkim dystansem do siebie. Tak też odpowiadał swoim oponentom.

Wychował się na Śląsku. Rodzice mówiąc delikatnie, nie przepadali za władzą ludową. W czasie stanu wojennego i po nim rodzice za działalność przeciwko władzy ludowej trafiali do więzienia. Pewnie dlatego przygotowali dla synów okno, którym mieli uciec w ostateczności, kiedy władza ludowa postanowi zająć się również nimi. Brat Jacka zdołał ukończyć w Polsce medycynę. Trafił do kliniki profesora Zbigniewa Religi. Brał udział w pierwszym przeszczepie serca. Dziś ma własną klinikę i jest jednym z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie. Jacek marzył o archeologii, podróżach, które go fascynowały, ale również zaczął studia medyczne. Kiedy zrobiło się gorąco, pewnego dnia skorzystał z tego okna. Uciekł do wolnego świata, tuż przed runięciem żelaznej kurtyny.

W wolnym świecie trafił do karetki pogotowia ratunkowego w Niemczech. Potem los rzucił go do Francji, gdzie jak się domyślam poznał swoją żonę. Potem trafił do Szwajcarii. Najpierw do kurortu, w ostatnich latach wreszcie otworzył własną praktykę, która zdaje się świetnie rozwijała. W rozmowach zawsze przewijała się jego wielka tęsknota za Polską. Idealizował ją i marzył, żeby do niej wrócić. Tak jak uciekinierzy z PRL-u, utracił obywatelstwo polskie, ale chyba nigdy nie wyrzucił swojego dowodu. Czynił starania, żeby tu osiąść. Pewnie nigdy nie sądził, że wróci w ten sposób. 8 listopada 2017 roku jego samochód uderzył w kolumnę mostu na obwodnicy Chorzowa. Samochód, którym jechał stanął w płomieniach. Zginął na miejscu. 2 grudnia odbył się jego pogrzeb.

Wiadomość ta wstrząsnęła jego najbliższymi i przyjaciółmi. Takiej straty nie da się łatwo zaakceptować. Dlatego wybaczcie, że zdobywam się na kilka słów o Jacku dopiero teraz, wiele tygodni po tej tragedii. Przez wiele dni nie mogłam w to uwierzyć, a do głowy przychodziła myśl, że wolałabym o tym się nie dowiedzieć, wierzyć, że znów gdzieś na świecie ratuje czyjś świat. Kiedy zniknął kiedyś, potem okazał się, że pojechał na misje jako Lekarz Bez Granic. Samochód służby medycznej został ostrzelany a on ciężko ranny. Wiele miesięcy przybywał w szpitalu. Wyszedł z tego. A teraz zwyczajny wypadek. Myślałam, że jeśli napiszę, że nie żyje, umrze naprawdę.

Pewnie informacje o nim są nieścisłe, bo jego historię staram się odtworzyć ze strzępów rozmów z nim. Sądziłam, że kiedyś spotkamy się zawodowo, żeby opowiedział całą swoją historię. Pewnie powstałby wzruszający reportaż, ale już nigdy tego nie zrobi. Uczcijmy jego pamięć chwilą zadumy, bo tak pewnie by sobie też życzył.

Anna Wrzesień

ZYROSKOP.INFO.PL

Reklama

Jedna odpowiedź to “Pożegnaliśmy naszego kolegę, autora bloga Jacka Cichonia”

Trackbacks

  •